Statystyki

Użytkowników : 35
Artykułów : 35
Zakładki : 10
Odsłon : 44806

Statystyki galerii

  • Zdjęć:   420
  • Kategorii:   15
  • Odsłon:   43142
  • Komentarzy:   79
  • Głosów:   43
  • Tagów:   0

Jacek Skorupski. I ty zostań genealogiem. Czas podsumowań Drukuj Email
sobota, 01 grudnia 2007 02:00
Grudzień i koniec roku to tradycyjnie czas podsumowania tego, co się zdarzyło w ciągu minionych dwunastu miesięcy. Dzięki zaproszeniu Redakcji „Gazety Węgrowskiej” miałem ogromną przyjemność przedstawić jej Czytelnikom mały poradnik prowadzenia poszukiwań genealogicznych. Bardzo się z tego cieszę, mam nadzieję, że niektórzy z Państwa znaleźli w nim zachętę do podjęcia badań przeszłości własnej rodziny oraz choć kilka wskazówek pomocnych w tych pracach. Jeśli tak się stało, to dla mnie wielka satysfakcja. W ostatnim odcinku naszego cyklu postaram się podsumować to, co w tym mini-poradniku było najważniejsze i raz jeszcze zachęcić do własnych poszukiwań.

Miejsce i czas akcji
Jako, że goszczę na łamach gazety powiatu węgrowskiego, starałem się w kolejnych odcinkach opisywać różne aspekty pracy genealoga uwzględniając specyfikę tego terenu, jego przeszłość i szczególne cechy historyczne. Myślę, że dla większości z tych, którzy zechcą skorzystać z tych porad, będzie to również ich obszar poszukiwań. Ale tak być nie musi. W mojej rodzinie mama jest węgrowianką od pokoleń, przodkowie taty pochodzą z Wielkopolski i Kujaw. Z kolei rodzina mojej żony pochodzi z Mazowsza i Małopolski. Chcąc więc przekazać swoim dzieciom informacje o przeszłości rodziny trzeba często szukać w regionach o bardzo różnej historii i kulturze.
Warto przed rozpoczęciem badań dokładnie poznać uwarunkowania historyczno-geograficzne miejsca, którym się interesujemy. Siłą rzeczy losy naszych przodków, które będziemy odkrywać, przynajmniej w początkowym okresie są związane z wiekiem dziewiętnastym i początkiem dwudziestego, a więc okresem zaborów. Wiadomo, że różne dzielnice róż-nie się rozwijały – inny był poziom wykształcenia, inne były migracje, innym posługiwano się językiem, inne były wojny i powstania. Bez właściwego rozpoznania czasu i miejsca akcji, ciężko nam będzie szukać i zrozumieć, co się działo z naszymi przodkami. Nie będziemy rozumieli, co nasz prapradziadek robił na wojnie rosyjsko-japońskiej, albo będziemy uważali, że „dziadek w Wehrmachcie” to powód do wstydu. Takie były czasy, że rodzeni bracia wal-czyli ze sobą po przeciwnych stronach frontu. Na szczęście dzisiaj można śmiało o tym mówić i śmiem twierdzić, że trzeba o tym mówić.

Dociekliwość
Wiele miejsca w tym poradniku genealogicznym poświęciłem licznym źródłom informacji, konieczności stawiania, weryfikowania i obalania hipotez, dochodzenia do faktów z różnych stron. Wszystkie te działania można by podsumować jednym słowem – dociekliwość. Trzeba być dociekliwym, nie poprzestawać na tym, co już mamy, tylko uporczywie szukać. Dotyczy to szczególnie różnego rodzaju tajemnic rodzinnych. Sprawa jest delikatna. Czasem tajemnica rodzinna dotyczy jakiegoś bardzo przykrego, smutnego czy tragicznego wydarzenia. W takiej sytuacji należy zachować daleko idącą delikatność. Być może warto wówczas zrezygnować z bezwzględnego dążenia do poznania prawdy i uszanować prawo do milczenia na pewne tema-ty.
Jednak ogólną zasadą powinno być prowadzenie badań metodą naukową, to znaczy taką, w której poszukujemy prawdziwego obrazu wydarzeń, niezależnie od tego, jaki on jest. W tym kontekście tajemnice rodzinne są ważnym problemem. Jeżeli zdecydujemy się ich dociekać musimy sami zdecydować, co możemy powiedzieć innym, a co musimy zachować wyłącznie dla siebie.
Chciałbym w tym momencie zwrócić uwagę także na względność i zmienność tego, co jest rodzinną tajemnicą. Dwa węgrowskie przykłady. Mój pradziadek, Kacper Kalata, był przed wojną prezesem zarządu koła miejskiego Stronnictwa Ludowo-Narodowego w Węgrowie. Wynika to ze znajdującego się w Archiwum Państwowym w Siedlcach „Sprawozdania sytuacyjnego starosty węgrowskiego za okres od 1.4.1919 do 21.3.1920 skierowanego do Lubelskiego Urzędu Wojewódzkiego”, dotyczącego sytuacji politycznej i społecznej w powiecie. Nikt z pytanych członków rodziny nie miał pojęcia o działalności politycznej pradziadka i jednym głosem wszyscy odpowiadali, że nigdy do żadnej partii nie należał. Wyjaśnienie tego jest dość proste. Po 1945 roku „jedynymi słusznymi” poglądami politycznymi były poglądy lewicowe i przyznawanie się do członkostwa w organizacji o poglądach zdecydowanie prawicowych było lekkomyślnością i groziło poważnymi kłopotami. Zapewne więc stanowiło to tajemnicę rodzinną i tym samym wiedza o tym nie przetrwała w przekazie rodzinnym do dzisiaj.
Podobna sytuacja występuje z sekretarzem gminy Sadowne, Sewerynem Ufnalem, bratem mojej prababci. Jego postać przewija się kilkakrotnie we wspomnieniach Kazimierza Karlsbada ps. „Radek” pt. „Dwieście kartek wyrwanych z młodości”. Karlsbad wspomina w nich o tym, że „kręgosłupem ruchu podziemnego od samego początku była przedokupacyjna sieć samorządu gminnego”. Seweryn, choć formalnie nie był członkiem AK, brał udział w działaniach organizacji, współpracując blisko także z majorem Zygmuntem Maciejowskim ps. „Wolski” czy porucznikiem Jerzym Lipką ps. „Jeżewski”. Pytani o to dziś potomkowie Seweryna, choć znają wspomnianą publikację, nie mogli uwierzyć, że chodzi o ich przodka, bo w domu nigdy nie mówiło się o jego konspiracyjnej działalności. Przyczyna tego była zapewne taka sama jak poprzednio. Seweryn należał do „niewłaściwej klasy społecznej”, bo był prywatnym właścicielem środków produkcji, a konkretnie młyna we wsi Krupińskie k. Sadownego. Dołożenie do tego współpracy z AK mogło tylko pogorszyć sytuację i spowodować represje w stosunku do całej rodziny. I tak zapewne narodziła się ta tajemnica rodzinna.
Piszę o tych dwóch faktach po to, żeby unaocznić czytelnikom, że to, co w pewnym czasie jest ukrywane, może po jakimś czasie być jawne, nie stanowi niebezpieczeństwa czy powodu do wstydu. Dlatego dociekliwe drążenie i odkrywanie rodzinnych zagadek ma sens, daje szansę na przekazanie następnym pokoleniom pełniejszego, bardziej obiektywnego obrazu historii naszych przodków.

Ratujmy pamiątki rodzinne
Rodzinna genealogia ma jeszcze jeden pozytywny skutek. Pozwala uratować wiele cennych rodzinnych pamiątek. Wiele starych drobiazgów ma dla genealoga ogromne znaczenie - za-równo jako źródło informacji, jak też jako ślad obecności dawno minionych czasów i ludzi w naszym świecie. Dotyczy to zwłaszcza wszelkiego rodzaju dokumentów – świadectw szkolnych, legitymacji, książeczek, metryk i wielu innych, ale także zdjęć i drobiazgów osobistych. W wielu domach te wszystkie przedmioty są masowo niszczone – wyrzucane i palone, jako niepotrzebne śmieci. Sam pamiętam jak mój dziadek używał różnych starych papierów ze strychu w charakterze podpałki przy rozpalaniu w piecu. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że są to bezcenne pamiątki, bez których dużo trudniej zachować pamięć o przodkach. Dziś z prze-rażeniem patrzę na masowe wyprzedawanie za bezcen różnych pamiątek rodzinnych na aukcjach internetowych. Jedno, co w tym dobre: nabywca (zapewne kolekcjoner) nie wyrzuci tego do śmieci. Czy jednak takie pamiątki nie powinny się znaleźć w jakimś domowym archiwum? Zapewne prowadzonym właśnie przez rodzinnego genealoga, który przechowa je w bezpiecznym miejscu, podda właściwej konserwacji, a także wykorzysta w swoich badaniach czy publikacjach. Dlatego apeluję do wszystkich – ratujmy pamiątki rodzinne – nawet drobne i na pierwszy rzut oka mało interesujące zostaną z radością „przygarnięte” przez rodzinnego genealoga.

Głos z zaświatów?
Na koniec jeszcze jedna niekonwencjonalna uwaga o sensie i potrzebie prowadzenia badań nad historią rodzinną. Wśród genealogów amatorów panuje dość powszechne przekonanie, że nasi przodkowie mają swoje zdanie na temat naszych poszukiwań i najczęściej są im bardzo przychylni – chcą, abyśmy ich odkryli i poznali ich życie. Jest wiele przypadkowych zdarzeń, które pomagają nam w zupełnie cudowny i irracjonalny sposób w odnalezieniu informacji o przodkach, która wydawała się zupełnie nie do odnalezienia. Wiele osób wstydzi się o tym mówić, bo przecież to takie niedzisiejsze, ale w głębi duszy wierzy, że przodkowie po prostu chcieli, abyśmy się o czymś dowiedzieli i w jakiś sobie tylko znany sposób pomogli nam w tym. Przykładów jest wiele. Każdy, kto czegoś takiego doświadczy, wie, że jego poszukiwania mają sens, że mają akceptację „z góry”.

Wiele jeszcze zachęt i porad można by napisać. Nic jednak nie zastąpi jakiegoś wewnętrznego impulsu zachęcającego do działania. U progu nowego roku życzę wszystkim Czytelni-kom Gazety, żeby jak najszybciej go usłyszeli i podjęli badania historii rodzinnej. A jeśli w jakimś niewielkim stopniu uda mi się ten impuls wyzwolić, albo pomóc w poszukiwaniach będzie to dla mnie wielką radością.