Statystyki

Użytkowników : 35
Artykułów : 35
Zakładki : 10
Odsłon : 44808

Statystyki galerii

  • Zdjęć:   420
  • Kategorii:   15
  • Odsłon:   43142
  • Komentarzy:   79
  • Głosów:   43
  • Tagów:   0

W przedwojennym Węgrowie z Michałem Czapskim Drukuj Email
sobota, 01 grudnia 2007 02:00
Węgrowskie grube ryby
Na dawnej ziemi drohickiej, gęsto usianej zaściankami szlacheckimi, tak zwany feudalizm nigdy nie miał zbyt wielu entuzjastów. Wiek dziewiętnasty ze swymi zrywami niepodległościowymi i maglem filozofii pozytywistycznej, nagły wzrost znaczenia klasy robotniczej na progu naszego wieku, łącznie z ruchem robotniczym i strajkami fornali, spowodowały przeniesienie się wypadkowej sił społecznych i - pewnym instytucjom - zostawiły tytko urok tradycji. Dystans pomiędzy ludźmi zmniejszył się. Dawno już w szerokim świecie stężała elita pieniądza. Mówiono o niej w Węgrowie jak o żelaznym wilku. Bo cóż tu byli za potentaci przemysłu? Edward Szatensztein ze swoją elektrownią, napędzaną turbiną wodną, i Klein, właściciel młyna parowego u wylotu ulicy Miedzyńskiej. Dziś by te obiekty nazwano: jeden zakładem wodno-energetycznym, drugi zakładami zbożowo-młynarskimi. Sytuacja, powiedzmy, „towarzyska” tych dwóch stosunkowo zamożnych rodzin żydowskich nie należała do najprzyjemniejszych. Nienawidzeni, po cichu, przez zawistnych współwyznawców i nieprzyjmowani w kołach polskich (tu był wyraźny dystans) ograniczali się do kontaktów ze sferą warszawskich mechesów [Żydów-przechrztów].
Salachowe konwenanse
Tak zwany „konwenans” - zjawisko, a raczej wiązanka zjawisk, diablo skomplikowana w okolicach, gdzie style życia nieustannie się nawarstwiały i te z dolnych pokładów wciąż jesz-cze żyły - był specjalnie zawikłany.
Bywają ludzie niemal od urodzenia skłóceni z normami towarzyskimi i obce jest im poczucie odrębności jakiejś sfery, chociaż bawi ich różnolitość społeczna i wszelki ceremoniał. Takim był Adolf Salach. To nie przypadek, że właśnie on poprosił o taniec żonę Radziwiłła. Był to człowiek z fantazją, pozbawiony małostkowości, zawiści i urazów, tak częstych u mieszkańców małych miasteczek. Nie odczuwał też bojaźni wobec nowych, nieznanych mu zjawisk. Gdy do naszego miasteczka zawitali atleci, z Zarębą i Bratkowskim na czele (był tam naturalnie jakiś Murzyn), Salach spotkał się z nimi „na dywanie”. Ten „dywan” był zwykłą płachtą rozścieloną na dziedzińcu przyklasztornym, tam gdzie obecnie zlokalizowano sąd powiatowy.
Urodziwi studenci
Jakaż była w Węgrowie brać studencka i czy w ogóle była? Otóż była. Jeszcze za tamtej okupacji niemieckiej pracowało u ojca w kancelarii kilku studentów, a raczej udawało, że pracują. Zupełnie jak za czasów kurateli pięknego Adolfa. Z trochę późniejszych czasów pamiętam niejakiego Burakowskiego, studenta chorego na gruźlicę.
Z młodzieży miejscowej, węgrowskiej, prawo studiował Stasio Ilczuk, Stefan zaś medycynę. Stasio był krępy, silnie zbudowany, o szerokim wesołym obliczu. Bardzo go przypomina Janusz żywością usposobienia. Pokazywał się w bandzie i deklu korporanckim i dumny był ze swojej pięknej narzeczonej - Zosi Ufnalówny z pierwszego Gaju. Zosia była jasną blondynką o prostych, regularnych rysach - opiewany przez poetów i widziany oczami malarzy typ polskiej dziewczyny.
Zwraca się uwagę podobno tylko na urodę kobiet; mężczyzna - byle ładniejszy od diabła. A jednak... Stefan Ilczuk obrzucany był powłóczystymi spojrzeniami kobiet. Wprawdzie młodszy jego brat, a mój kolega, Antoś, wysoki blondyn o orlim nosie, był bardzo przystojnym chłopakiem, ale ustępował starszemu bratu. Mało było takich jak przyszły doktor. Marzyły o nim panny i z Ciechanowskiego, i z Mławskiego. Mógłby stać na widecie. Chłopak jak ma-lowanie.

[za zgodą Autora – dziewiąty fragment książki
Życie towarzyskie i wszelakie życie Węgrowa
lata 1920 – 1929,
TKŚ Pogwarki Węgrowskie, Węgrów 1998;
śródtytuły HK]