|
Tym razem zamieszczamy wiersze niemające nic wspólnego z Iwą. To spełnienie naszych oczekiwań – zapowiadaliśmy na początku, że będziemy dążyli, by to gazetowe forum poetyckie się rozszerzało. Iwa dała początek, dała inspirację, dała nazwę tej rubryce. Jest jednak drzewem na tyle rozłożystym, że zmieszczą się na nim wiersze reprezentujące różne środowiska i różne szuflady. Adam Szewczyk ma 19 lat. Jeszcze pół roku temu był uczniem Mickiewicza (ha! jakie byłoby to piękne! – niestety, tylko LO im. Mickiewicza). Choć na tych łamach już się kiedyś pojawił, to jednak nigdy jako poeta. Na naszą prośbę napisał o sobie tak: „Z nudów czytam książki Kinga, z zamiłowania piszę wiersze, z natury jestem marzycielem, z konieczności studiuję na MEiL-u na Politechnice Warszawskiej, z błyskiem w oku poznaję innych i siebie, z ciekawością czekam na jutrzejszy dzień, z wyboru idę tam gdzie chcę.” Życzmy mu zatem, żeby jego wybory były trafne.
Spokój
Odczuwam spokój jakbym wszedł do ciemnego pokoju pełnego mroku ukryty w rozkoszy cieniach aż nie do uwierzenia ogrom cierpienia lecz mimo tego odczuwam spokój jakbym leciał w powietrzu chwilę po samobójczym skoku próbujący odnaleźć siebie co spada bezszelestnie w niebie zdala od ciebie Lecz mimo tego odczuwam spokój tak jak gdy wszystko już osądzone podczas wydania wyroku bezsilny bezwolny obojętny jak kukła uwikłana w pręty w niewinności nieugięty lecz mimo tego odczuwam spokój jak człowiek co stracił wszystko w falach potopu zaczynam życie od nowa co dnia zmiana gotowa w inny towar Już wiem czemu odczuwam spokój co spłynął jak łza najczystsza po moim oku prawdziwa miłość i wiara prawie a doskonała w objęciach mojego ciała Spokój Tętno przeznaczenia
Śmierć boli barwniej i okrutniej, Gdy ludzie nie mając sumienia, Starają się zmienić utarte w los lutnie, Co nie przestaną grać już przeznaczenia. Miejcie więc litość i umierać dajcie, Powoli dążyć do unicestwienia, Bo boli bardziej niż ciała rozdarcie, Nieugaszony promyczek – Nadzieja. ***
Nauczyli cię w gwiazdach widzieć światło, Ugasili ciepło księżyca i przywlekli cię na ziemię. Mówili przy tym „bój się ludzi”. Wytrenowali w tobie skomplikowany mechanizm reakcji, Jaki nazwali odwagą i strachem. Intuicję zagłuszyli zdrowym rozsądkiem. Teraz ich nie ma. Idziesz sam ulicą, słysząc tylko rytmiczny odgłos marszu. Wiatr wieje ci przez czapkę, wydając zadziwiająco delikatny świst. Powiedziałeś: zadziwiający? Wszystko jest naturalne, normalne. Normalne jak teoria względności. Mijasz drewniane domy, lecz nie są już to te zwykłe deski. Te deski żyją i czekają na twój ruch, Przyczajone do skoku, znieruchomiałe jak posągi... ...Odetchnąłeś, już miasto daleko, Odgradzają cię od niego gałęzie. Bezczelnie przypominają ręce. „Kiedyś na tych drzewach nie wisiały tylko liście.” Brednie! Bój się ludzi. Czego się teraz boisz? Jest tu pusto. Tylko ty i świat. Nikt cię nie obroni przed sprawiedliwością. Za dużo zła. A jednak odzywa się w tobie dziecko. „Słuchaj synku - duchów nie ma To co za mną idzie mamo!?” Odwracasz się i widzisz martwą normalność. Natrafiając stopą na liść, omal nie wyszedłeś z siebie. Czego się boisz? Jest tu pusto. „Czemu nie dasz mi spokoju?” „Nie mogę jestem twoim sumieniem.”
|