Statystyki
Użytkowników : 6Artykułów : 33
Zakładki : 10
Odsłon : 8181
Statystyki galerii
- Zdjęć: 324
- Kategorii: 14
- Odsłon: 11436
- Komentarzy: 3
- Głosów: 43
- Tagów: 0
Reklama
| Czternaście lat minęło |
|
|
| sobota, 01 września 2007 02:00 |
|
W chwili, gdy przygotowuję ten materiał, w węgrowskiej bazylice nie ucichło jeszcze echo podniosłych uroczystości z udziałem JE ks. biskupa Antoniego Dydycza – wieczoru modlitw i pieśni na podsumowanie miesiąca trzeźwości. Celebrowana przez ordynariusza drohiczyńskiego msza św. miała szczególny wymiar dla parafii pw. Wniebowzięcia NMP oraz św. św. Piotra i Pawła, była bowiem oficjalnym objęciem urzędu przez nowego proboszcza, ks. kanonika Leszka Gardzińskiego, z którym trzy dni wcześniej przeprowadziłem dla naszych czytelników tę oto rozmowę. HK: Księże kanoniku, ustalmy może na początku naszej rozmowy kwestię formalną. Przygotowując się do naszej rozmowy, zwróciłem uwagę, że czasem księdza nazwisko poprzedzone jest tytułem magistra, czasem zaś – w kontekście Papieskiego Wydziału Teologicznego w Warszawie - tytułem doktora. Jest doktorat? Ks. Leszek Gardziński: Nie, nie ma. Jest licencjat kanoniczny, a więc - nie tak, jak w nomenklaturze świeckiej – tu licencjat jest po magisterium, jako stopień pośredni przed doktoratem. Taki licencjat kanoniczny daje uprawnienia na przykład do wykładania w seminarium. Czy nadal jest ksiądz członkiem rady Sekcji św. Jana Chrzciciela na PWT? Nie, to była funkcja związana ze stanowiskiem rektora, byłem bowiem rektorem Wyższego Seminarium Duchownego w Drohiczynie. Kiedy odszedłem w 1993 roku z Węgrowa do Dro-hiczyna, byłem przez cztery lata prefektem w seminarium (to taka funkcja wychowawcza). Od 1997 do 2001 r. byłem wicerektorem, by potem przez dwa kolejne lata do 2003 r. piastować stanowisko rektora. Następnie od 2003 r., nie przerywając pracy w charakterze wykładowcy w seminarium, byłem proboszczem parafii Skrzeszew, skąd przeniosłem się do Węgrowa. A więc Skrzeszew był pierwszą księdza parafią? Tak, pierwszą. Zresztą niewiele mam też za sobą jako wikariusz: najpierw był Janów Podlaski, a potem Węgrów... W którym roku przyjął ksiądz święcenia kapłańskie? W 1989, a wcześniej przed siedleckim seminarium była szkoła podstawowa i liceum w Żele-chowie. A więc będąc w Węgrowie znalazł się ksiądz poza macierzystą diecezją z chwilą wprowadzenia w polskim Kościele nowego podziału administracyjnego. Nie było żal? Nie było żal. Wie pan, nie myślałem w ogóle o tym. Byłem wówczas młody i koncentrowałem się na tym, by jak najlepiej służyć Chrystusowi i dla tej idei byłem gotów pojechać gdziekolwiek, realizując swoje kapłaństwo z entuzjazmem i zapałem. Zatem jest to powrót do Węgrowa. Odczuwa ksiądz, że parafianie zachowali księdza w pamięci z tamtych lat? Dwa lata to niewiele, a parafia duża, bo wtedy była tylko jedna, ale mimo to spotykam się z dowodami pamięci. W 2005 roku został ksiądz kanonikiem gremialnym. Dlaczego w Kolegiackiej Kapitule Węgrowskiej? Kanonikiem zostałem już wcześniej, bo są dwa stopnie tej godności: jest kanonia honorowa i gremialna. Można by tę terminologię tłumaczyć tak, że kanonik gremialny to znaczy rzeczywisty, prawdziwy. A ja kanonikiem honorowym zostałem już w 2000 r., mając 36 lat, więc bardzo młodo. Ceniłem sobie, że jako kanonik - zarówno honorowy, jak i gremialny - wchodziłem w skład kapituły węgrowskiej, a nie drohiczyńskiej, dlatego że kiedy byłem tu wikariuszem, wówczas właśnie powstała ta kapituła, a więc byłem niejako świadkiem jej narodzin. Po ośmiu latach zasiadłem w niej jako kanonik honorowy, a po trzynastu jako gremialny. Będąc związany z seminarium w Drohiczynie, zdobywał ksiądz jeszcze inne doświadczenia... No tak. Można tak powiedzieć, że wikariat to w życiu kapłana takie dzieciństwo otóż ja tego dzieciństwa miałem niewiele, bo po czterech latach bycia wikariuszem poszedłem w urzędy. Byłem pierwszym dyrektorem Caritas Diecezji Drohiczyńskiej od utworzenia w 1994 do 1998 r.; byłem też pierwszym ekonomem diecezjalnym od 1995 do 1998 roku, bo wtedy zwolniłem tę funkcję w związku z wyjazdem na roczne studia do Rzymu. Po doktorat? Tak, właściwie były to studia doktoranckie ukończone, ale nieuwieńczone tytułem, gdyż za-angażowałem się po powrocie z Rzymu w duszpasterstwo. To jest moje główne zainteresowanie, związane zresztą z teologią pastoralną, którą do dziś wykładam w seminarium. I pewnie w związku z tą pracą jako wykładowca nie będzie ksiądz uczył religii w szkole? Raczej nie. Rozmawiałem nawet już na ten temat z dyr. Baumem, który prosił mnie o katechizowanie młodzieży w jego szkole, ale zdaję sobie sprawę, że innych obowiązków będę miał aż nadto. Spoglądając wstecz, pewnie ma ksiądz powody, by z satysfakcją myśleć o dotychczasowej drodze kapłańskiej. Istotnie, jak na 18 lat kapłaństwa przeszedłem wiele, pełniłem różne funkcje i to bardzo odpowiedzialne: duszpasterskie, naukowe, administracyjne... Mając więc tak bogaty bagaż doświadczeń, jakie wizje i plany snuje ksiądz u początku posługi na węgrowskim probostwie? W samej nominacji ksiądz biskup polecił, żebym - po pierwsze - wspierał proces powstawania nowej, trzeciej parafii w Węgrowie, bym - po drugie - wznowił remont klasztoru księży bartoszków i oczywiście znalazł na ten cel fundusze; po trzecie - ks. biskup wskazał na konieczność prowadzenia prac remontowych przy bazylice. Już w tym tygodniu muszę doprowadzić do założenia rynien i daszków na wspornikach od ul. Mickiewicza w miejsce skradzionych; potem czeka dzwonnica, parkan, elewacja... - jest tych zadań bardzo dużo. Kolejna sprawa, do której zobowiązał mnie ksiądz biskup, to prace adaptacyjno-remontowe, zmierzające do uczynienia starej zabytkowej plebanii siedzibą proboszcza. To ogromna skala wyzwań! Tak, ale czy podołam? Z pomocą Bożą... Bo przecież innych - duszpasterskich choćby - zadań bez liku. Czy np. jako były dyrektor Caritasu ma ksiądz w planach jakieś szczególne działania na tym polu? Wiem, że w Węgrowie Caritas działa prężnie, ale oczywiście będę go wspierał, bo potrzebujących pomocy w czasach drastycznych dysproporcji społecznych jest wielu i tę biedę mate-rialną i moralną jako proboszcz powinienem wiedzieć. Jest to jednak domena zaangażowania księży wikariuszy. Wracając do wątku zagranicznych podróży, może ksiądz o sobie powiedzieć, że pielgrzymowanie to jeszcze jedno doświadczenie, które wzbogaca księdza osobowość i kompetencje jako duszpasterza? Rzym, pewnie Ziemia Święta... Tak, byłem też w Ziemi Świętej, ale również w Egipcie, śladami św. Pawła zwiedzałem Grecję, Maltę, Turcję, Tunezję, byłem w Algierii, gdzie trudno nie pamiętać o św. Augustynie, biskupie Hippony, dzisiejszej Annaby na północy kraju. Byłem też oczywiście w najsłynniejszych europejskich sanktuariach. Pielgrzymowałem też z nauczycielami, o czym pisała „Niedziela”, byłem w Paryżu, dwa razy w Rzymie, w Wilnie, we Lwowie, w Soczi... Niestety, nie byłem jeszcze na drugiej półkuli. Ale i to wyzwanie dla pątnika dziś nie jest chyba niemożliwe do zrealizowania po uruchomieniu przez Watykan pielgrzymkowych linii lotniczych... Kończąc, chciałbym wy-razić nadzieję, że jeszcze nie raz będziemy gościć księdza na łamach „Gazety Węgrowskiej”. Oczywiście, zwłaszcza gdy pojawią się pierwsze sukcesy i porażki na drodze realizacji tych moich wyzwań. Oby były same sukcesy. Dziękuję za rozmowę. Niech się księdzu kanonikowi jak najlepiej wiedzie na probostwie węgrowskim. Szczęść Boże. Opracowanie tekstu i zdjęcie Henryk Kalata |
Archiwum
