Statystyki
Użytkowników : 6Artykułów : 33
Zakładki : 10
Odsłon : 8181
Statystyki galerii
- Zdjęć: 324
- Kategorii: 14
- Odsłon: 11436
- Komentarzy: 3
- Głosów: 43
- Tagów: 0
Reklama
| Sekretarz kardynała |
|
|
| sobota, 01 września 2007 02:00 |
|
Księdza prałata Zbigniewa Karolaka, nowego proboszcza węgrowskiej parafii pw. św. Piotra z Alkantary i św. Antoniego z Padwy, nietrudno było namówić na wywiad dla „Gazety Węgrowskiej”, jednak wolał, by miejscem naszego spotkania była siedziba redakcji. Gdy jednak odwiedziłem go w klasztorze, zrozumiałem: zanim nowy gospodarz będzie mógł przyjmować gości, jego plebanię czeka długi i poważny remont. HK: Pomówmy na początek o księdza drodze do kapłaństwa. Jak wiem, ukończył ksiądz LO im. Józefa I. Kraszewskiego w Drohiczynie. Rozumiem, że jest to miasto, z którego ksiądz pochodzi... Ks. prał. Zbigniew Karolak: Tak, urodziłem się i wychowałem w Drohiczynie. Mama zajmowała się domem, a tata prowadził zakład kuśnierski. Rodzice byli bardzo religijni, więc ja pod ich wpływem i w cieniu drohiczyńskich kościołów wzrastałem, dojrzewając do wyboru drogi kapłańskiej jako ministrant. Miałem wspaniałe przykłady księży, którzy wówczas byli moimi prefektami. Czy na księdza formację światopoglądową miało wpływ przenikanie się w Drohiczynie katolicyzmu i prawosławia? Uczyłem się w jednej klasie z synem księdza prawosławnego – kolegowałem się z nim i z jego siostrą, bywałem w ich domu, oni bywali w moim. Nigdy na tym tle nie pojawiały się jakiekolwiek problemy. Szanowaliśmy się i wzajemnie ubogacaliśmy. Dzięki tej koegzystencji poznawaliśmy bogactwo obu tradycji. Potem jako kapłan podążał ksiądz raczej na wschód, np. do Klich, skąd właśnie przy-bywa ksiądz do Węgrowa. Tak, ale zanim dotarłem do Klich, przebyłem długą drogę. Po maturze zdałem egzamin na wydział architektury Uniwersytetu Warszawskiego, dostałem się i zrezygnowałem, wybierając seminarium. Chciałem się po prostu sprawdzić, zweryfikować to, że liceum ukończyłem jako jeden z trójki najlepszych. Do egzaminu na architekturę zainspirował mnie prof. Teliga, którego małżonka była wykładowcą na tym wydziale UW. Miałem zresztą zamiłowanie do architektury... To zamiłowanie chyba daje o sobie znać w pracy kapłańskiej. Jest ksiądz – jak wiem – członkiem Diecezjalnej Komisji Architektoniczno–Budowlanej. Tak, to zamiłowanie pozostało. Lubię widzieć i tworzyć nowe rozwiązania nie tylko w przestrzeni, ale i w życiu. A teraz przed księdzem tak wielkie wyzwanie – opieka nad tym węgrowskim pięknym zabytkiem. Właśnie... Ale wracając do biografii, zaraz po wstąpieniu do seminarium zostałem powołany do odbycia służby wojskowej w słynnej jednostce wojskowej dla kleryków w Bartoszycach. Celem tej jednostki było – jak oni to tłumaczyli – „przywrócenie nas do normalnego życia w społeczeństwie socjalistycznym”. Po roku wróciłem do seminarium, a w 1983 roku otrzymałem święcenia kapłańskie. Wrócę jeszcze do takiego znamiennego wcześniejszego epizodu. Gdy przygotowywałem się do święceń diakonatu, spacerowałem po ogrodzie w ramach rekolekcji, podczas których nie można rozmawiać. Wtem podszedł do mnie nieznany mi mężczyzna w garniturze, pytając, czemu tak milczę. Odpowiedziałem, że przygotowuję się do święceń, a on na to: „Ja jestem księdzem w Brześciu.” Był to ksiądz Stanisław Łazar. Opowiedział mi pokrótce swoją drogę życiową, o 11 latach na Syberii na zesłaniu jako kapłan diecezji pińskiej. Rozmawiałem z nim kilka godzin, opowiadał o 1939 roku, gdy do Brześcia, gdzie był prefektem, wkroczyli Sowieci, o swojej decyzji pozostania wśród Polaków wcielonych w granice Związku Radzieckiego. A na koniec skierował do mnie takie słowa: „Jesteś pełen ideałów do pracy kapłańskiej i służby ludziom. Nie wiesz, jaką drogą cię Bóg poprowadzi, ale bądź na tej drodze.” Tak się rozstaliśmy, a pięć lat później otrzymałem telegram, że właśnie ten ksiądz, Stanisław Łazar, umiera. Byłem zdumiony, bo po tej rozmowie już nigdy się z nim nie kontaktowałem, a tu od przypadkowej osoby – jego parafianki – spoza granicy Związku Radzieckiego otrzymuję taki telegram: „Zbyszku, przyjedź na pogrzeb wujka Stasia. Ciocia Zosia.”. Za kilka minut dzwonią z kurii, że biskup Jędruszuk proponuje mi, bym z nim pojechał na ten pogrzeb, bo wie, że dostałem zaproszenie. Pojechałem i odnalazłem tę tajemniczą „ciocię Zosię”. Było to tuż przed Bożym Narodzeniem, a ponieważ wierni zostali bez kapłana, poprosili mnie, bym został z nimi. Następnego dnia wystarali się w komitecie partii o pozwolenie na odprawienie przeze mnie pięciu mszy. Potem otrzymałem przedłużenie tego pozwolenia i tak to się prze-ciągnęło na kilkanaście lat. Na kilkanaście lat! Więc stąd księdza dziennikarska przygoda? Bo przecież był ksiądz brzeskim korespondentem Katolickiej Agencji Informacyjnej. Tak, były to lata, gdy pełniłem funkcję proboszcza parafii Czernawczyce, Peliszcze, Kamieniec, Kobryń i po odzyskaniu w 1990 roku kościoła pw. Podwyższenia Św. Krzyża objąłem probostwo w Brześciu, pełniąc jednocześnie funkcję dziekana i osobistego sekretarza JE kard. Kazimierza Świątka – wielkiej postaci polskiego Kościoła i polskości nie tylko na tamtych terenach, ale i na cały świat. Dziś utrzymuję z nim serdeczne stosunki. Przez cały ten czas – łącznie z ostatnim okresem pobytu w Klichach – wszystkie podróże zagraniczne odbywałem u boku ks. kardynała jako jego sekretarz. Tak objechałem niemal cały świat: Amerykę Północną, Południową, Kanadę, Finlandię, Włochy wielokrotnie. Ostatni mój pobyt w Rzymie był związany ze śmiercią Ojca Świętego Jana Pawła II. Pozostawałem tam z Jego Eminencją kard. Świątkiem półtora miesiąca, będąc świadkiem przygotowań do pogrzebu, a potem do konklawe i uroczystości związanych z początkiem pontyfikatu Benedykta XVI. W 2000 roku przez osiem miesięcy pracowałem w polsko–angielskojęzycznej parafii w Detroit, a po powrocie zatrzymałem się na jakiś czas w Warszawie, współpracując z Markiem Kotańskim i s. Małgorzatą Chmielewską, a więc zaangażowałem się w działalność na rzecz potrzebujących pomocy. Byłem też kapelanem więziennym, podobnie zresztą jak będąc jesz-cze na Białorusi. W czasie tego prawie rocznego pobytu w Warszawie dojeżdżałem na teren diecezji drohiczyńskiej – do domu opieki w Sokołowie i do parafii w Klichach, gdzie w końcu 2002 roku zdecydowałem się objąć probostwo, doprowadzając w ciągu tych kilku lat do zakończenia budowy kościoła, który został konsekrowany w 2005 roku przez ks. biskupa Dydycza. Teraz przed księdzem nowy etap. Jakie pierwsze wrażenia z pobytu w Węgrowie? Węgrów przywitał mnie bardzo życzliwie, ale wcześniej było rzewne, serdeczne i wzruszają-ce pożegnanie w Klichach. A tu, w święto Matki Boskiej Częstochowskiej, uroczyście przywitano mnie na nowej parafii podczas mszy, w której uczestniczył ks. dziekan Mazurek, przedstawiciele władz miasta i powiatu, rady parafialnej... Zapewne wśród zadań, jakie wskazał nowemu proboszczowi ks. biskup, jest opieka nad tym zabytkowym obiektem. Oczywiście, przede wszystkim. Ale tu napawa mnie otuchą to, jak wielkie przywiązanie i odpowiedzialność za obiekty sakralne widzę w postawach tutejszych parafian. Czas zmierzać do końca naszej rozmowy o przebogatym w doświadczenia życiu kapłańskim księdza prałata. Korci mnie jednak, by zapytać jeszcze o jedno. Natknąłem się na informację, że chór z księdza poprzedniej parafii święcił tryumfy w diecezjalnym konkursie pieśni religijnej. Czyżby po latach ewangelizowania z gitarą i śpiewem przez ks. Latosiego wracał do węgrowskiego klasztoru tamten klimat lat 70., kiedy nowy powiew w atmosferę życia religijnego wprowadziły pierwsze msze beatowe? Takich talentów, jakie ma ks. kanonik Zbigniew Latosi, niestety Pan Bóg mi poskąpił, ale doceniam siłę muzyki i śpiewu w Kościele. Zdążyłem się w tak krótkim czasie zorientować, jak ludzie tu się utożsamiają z tą radością i pięknem posługi ks. Latosiego. To jest wielkie bogactwo – ten duch, jaki on zaszczepił swoją pracą duszpasterską w sercach swoich uczniów a obecnie moich parafian. Chciałbym z tego dziedzictwa skorzystać – zarówno dla ubogacenia siebie, jak i dla doskonalszych owoców mojej służby węgrowskiej parafii. |
Archiwum
