Statystyki

Użytkowników : 6
Artykułów : 33
Zakładki : 10
Odsłon : 8181

Statystyki galerii

  • Zdjęć:   324
  • Kategorii:   14
  • Odsłon:   11436
  • Komentarzy:   3
  • Głosów:   43
  • Tagów:   0

Reklama

Zapewnimy weekend dla dwojga -najlepszy relaks w cenie.

Kola z Kaługi Drukuj Email
sobota, 01 września 2007 02:00
Wszystko, co dobre, szybko się kończy. Ruszyła ofensywa, Kola poszedł na front. Pozostały fotografie z bardzo sympatycznymi dedykacjami. W polskim przekładzie brzmią one tak: „Na długą dobrą pamięć – bratu Stanisławowi, siostrze Helenie, siostrzyczce Ani, braciszkowi Zdzisiowi – od Koli.” Brat Stanisław to mój tata, siostra Helena – mama, siostrzyczka Ania – siostra Hanka, braciszek Zdzisio – to ja, siedmioletni wówczas pędrak. Zdzisio, bo tak mnie w domu nazywano i pod tym imieniem do dziś jestem znany w rodzinie i w Borzychach.
Kola podał numer swojej poczty polowej, ale ani on się nie odezwał, ani nie było odpowiedzi na listy pisane przez mamę. Po jakimś czasie doszły dwie nieoficjalne wieści. Pierwsza, że zginął na froncie, druga, od jakiegoś bliżej nieokreślonego kolegi – że żyje, ale jest w karnej kompanii i nie wolno mu dawać znaku życia. Obie te wieści były prawdopodobne. Śmierć na wojnie to codzienność, a nie byłoby też dziwne, że za zażyłą znajomość z naszą rodziną za-płacił skazaniem do karnej kompanii, co także nie wróżyło długiego życia. Władze wojskowe niechętnie widziały bratanie się żołnierzy radzieckich z Polakami. Prowadziło to bowiem nieuchronnie do rozmów, że ten radziecki raj, który przecież nam oferowano, różni się nieco od raju biblijnego.
Wróćmy teraz do listu, który dotarł do nas z Kaługi od matki Koli, pisanego 12 XII 1944 r. Wydawać by się mogło, że matka powinna się bardzo ucieszyć wiadomością o tak wyjątkowym wydarzeniu, a przede wszystkim tym, że jej syn żyje, że ma się dobrze. Tymczasem list zawiera informacje o rodzinie Stiepanowów, o tym, że zmarł mąż Marii, że została sama z szóstką dzieci – 5 synami i córką. O synach pisze tak: „(…) wychowałam 5 synów Stiepana, wszystkich mądrych i wykształconych. Najstarszy syn ma stopień starszego lejtnanta, drugi jest kierownikiem fabryki (…) - to Paweł. Trzeci syn jest kapitanem na froncie leningradzkim – to Kostik, czwarty syn Lonia, był najmądrzejszy i najładniejszy z wszystkich pięciu, jest dyspozytorem w zakładach wojskowych.” Potem następuje informacja o losach synów: „(…) Aleksiej nie zdołał się wyrwać z centrum miasta i dosięgła go straszna śmierć, bo ci przeklęci Niemcy, widząc u niego walonki, zabili go z tego powodu, przedtem torturując (…) Piąty syn poległ za stolicę Moskwę, był dowódcą czołgu, chyba go pani nie zna, Leonid.” O Koli ani słowa! Dlaczego? Jaka może być przyczyna takiego zachowania matki? Kola wydawał się osobą absolutnie wiarygodną, potwierdzały to jego wiadomości o rodzinie, a także i to, że podał właściwy adres do swego rodzinnego domu w Kałudze. Dlaczego więc matka nie reaguje na tak radosną dla niej wieść? W napisanym blisko rok później liście czytamy: „(…) Pisze pani, że był u pani jakiś wojskowy, który przedstawił się jako mój syn. Nasza droga Leno, to ktoś [wyraz nieczytelny], mam jeszcze trzech synów żyjących, a dwaj polegli – jeden w Kałudze, a drugi w Moskwie.” I znów Koli wśród synów nie ma. Ale listy, pisane na adres podany przez niego doszły! Można podejrzewać, że na to, co pisała mama Koli miały wpływ jakieś czynniki zewnętrzne. Listy były cenzurowane, to oczywiste i zrozumiałe w czasie woj-ny. Na pierwszym liście z Kaługi jest zresztą stempel cenzury wojskowej. Tak więc władze wiedziały o tym, co zawierały listy pisane przez moją mamę i nie można wykluczyć, że ingerowały w treść odpowiedzi matki Koli. Dlaczego? Kto dziś może na to odpowiedzieć? Być może dlatego, by zdyskredytować Kolę. Różne dziwne i straszne rzeczy działy się w tym kraju, można więc dopuścić i taką możliwość, że nakazano matce wyrzec się swego syna.
A u nas sprawa miała ciąg dalszy i to niezbyt przyjemny. Oto po pewnym czasie pojawili się u nas dwaj radzieccy oficerowie i zaczęli gruntownie przepytywać rodziców o Kolę, o okolicznościach, w jakich została zawarta z nim znajomość. Zaintrygowała ich znajomość języka rosyjskiego przez mamę, zaciekawiła dedykacja na fotografiach. Dlaczego brat, dlaczego siostra, jaka to rodzina? Przesłuchania trwały dwa albo trzy dni. Oficerowie kazali sobie po wielokroć powtarzać te znane wyjaśnienia, wszystko skrupulatnie zapisywali. Później dowiedziałem się, że to były metody prześladowań stosowane przez NKWD. Na koniec okazało się, że podejrzewano rodziców o to, że uciekli z Rosji podczas rewolucji, że mieli jakieś powiązania białogwardyjskie. Nasze szczęście, że uznali to, co mówili rodzice za prawdę. Mogło jednak być inaczej i nie można wykluczyć takiej możliwości, że deportowano by naszą rodzinę do Związku Radzieckiego i tam poddano stosownej reedukacji. Pisałem przed chwilą, że różne dziwne i straszne rzeczy działy się w tym kraju.
Dlaczego zdecydowałem się o tym wszystkim napisać? Ano dlatego, że to, co się zdarzyło jest czymś wyjątkowym. Oto na froncie, rozciągającym się na tysiące kilometrów, wśród milionów żołnierzy, na przestrzeni kilku lat dochodzi do spotkania dwojga ludzi, którzy praktycznie nie mieli żadnych szans, by się spotkać, zwłaszcza że do tej pory się nie znali.
Wiele lat później, kiedy wydawało się, że stosunki polsko-radzieckie jako tako się unormowały, również na płaszczyźnie międzyludzkiej, zastanawialiśmy się, czy nie spróbować odszukać rodziny Stiepanowów. Był w latach siedemdziesiątych w moskiewskim radiu program prowadzony przez red. Orłowa, w którym nawiązywano do dawnych przyjaźni wojennych, wspomnień itp. Myśleliśmy więc, czy nie skorzystać z pośrednictwa tego programu. Doszliśmy jednak do wniosku, że takimi staraniami możemy narobić biedy ludziom zupełnie nam nieznanym. To, co dla nas było oczywiste i normalne, wcale nie musiało być tak potraktowane u naszego Wielkiego Brata. Daliśmy więc spokój i rzecz pozostała w rodzinnej tradycji. Dopiero teraz zdecydowałem się opowiedzieć ją „Gazecie Węgrowskiej”.