Statystyki

Użytkowników : 6
Artykułów : 33
Zakładki : 10
Odsłon : 8181

Statystyki galerii

  • Zdjęć:   324
  • Kategorii:   14
  • Odsłon:   11436
  • Komentarzy:   3
  • Głosów:   43
  • Tagów:   0

Reklama


W przedwojennym Węgrowie z Michałem Czapskim Drukuj Email
sobota, 01 września 2007 02:00
Ucieczka od panny Hirner
W miejscu, gdzie ulica Piwna (dawniej Browarna) skręca na północ, stał drewniany dom z gankiem na słupach. Drzwi wejściowe dębowe i ciężkie, nabijane kowalskiej roboty gwoździami, i ławy z obydwóch stron zapraszające do spoczynku. Dalej była sień i z sieni drzwi z lewej prowadziły do mieszkania mistrza kominiarskiego Serko, człowieka przezacnego, a z prawej do panny Hirner, zwykle nazywanej Cocą Hirner. Była to panienka gołębiego serca i bardzo w latach podeszła. W skromnym jej budżecie po stronie wpływów były honoraria za naukę francuskiego i gry na fortepianie. Wytrwałem przez połówkę takiej lekcji, po czym - korzystając z nieuwagi mistrzyni - wyskoczyłem oknem - i tyle mnie widziała. Radek Uciechowski jeszcze brzdąkał jakiś czas niedługi. Niewiele było tych lekcji i wyżyć z nich nie sposób.
Ilczuków dom otwarty.
Ludzie jednak nie tylko o sobie myśleli i chętnie widzieli u siebie znajomych na kolacji. W kategorii „domów otwartych” dominował już wtedy dom Ilczuków. Ilczukowie zajmowali obszerne, lecz zimne mieszkanie, wkomponowane w poddasze starego zajazdu należącego do hrabiów Łubieńskich. Najstarsi ludzie nie pamiętali dawnej funkcji budynku, której sui generis reliktem była restauracja na zapleczu, prowadzona przez brata Wincentego Ilczuka, Kazimierza. Resztę parterów zajmowały sklepy.
Inspektor Zawadzki, Prozerpina i Mars
W lewym skrzydle domu Dorożyńskiego przy ulicy Starowiejskiej mieszkał inspektor szkolny Zawadzki z rodziną. W stajni, na lewo w podwórzu, trzymał dwa konie do wyjazdu i dropiatego setera angielskiego, Marsa. Nieduży, czerwony na twarzy i ruchliwy. Zimą chodził w kożuszku trois quarts i troje jego dzieci miało szczęście trafić na któryś tam z kolei nawrót mody na imiona słowiańskie. Najstarszy był Mirosław, potem Bożena i na końcu Przemysław (Przesiek). Mirek był moim towarzyszem zabaw. Bawiliśmy się w tak zwane „gospodarstwo”, gdzie wyobraźnia grała niewspółmiernie potężną rolę w stosunku do skromnych rekwizytów z tektury, blachy z puszek po konserwach. Wycinanki reprezentowały idee krów, koni, cieląt i nierogacizny. Psy lepiliśmy z parafiny. Dużą trudność sprawiało nam konstruowanie wozu.
Prowadzenie „gospodarstwa” zbliżało do tajemnic Prozerpiny, ale było to zajęcie raczej dla indywidualistów. Za to zabawa w wojnę wciągała naraz kilku strategów i akcja toczyła się na większym obszarze. Reprezentowane były wszystkie rodzaje broni. Wojska ołowianego nie używało się - było drogie i psuło się szybko. Zresztą, trzeba było znacznych koncentracji oddziałów i wyrażenia zbliżonego do prawdy nastroju krwawego starcia. Kartonowe figury załatwiały wszystko. Żołnierze z furią biegli do ataku, tylko że trzeba było ich przesuwać. Jedynie armaty działały na podobieństwo prawdziwych, zmodernizowanych katapult. Zamiast sprężystości drewna wyzyskano tu energię zmagazynowaną w naciągniętym skrawku dętki samochodowej. Pocisk (ziarnko suszonego grochu) czaił się w wydrążonym kawałku dzikiego bzu i wylatywał z piekielną siłą w kierunku nieprzyjacielskiej tyraliery. Mordercza i zacięta bitwa rozgrywała się na podłodze, skąd też pole widzenia było najlepsze. Inspektor Zawadzki również strzelał z pozycji leżącej.
[za zgodą Autora – fragmenty książki
Życie towarzyskie i wszelakie życie Węgrowa
lata 1920 – 1929,
TKŚ Pogwarki Węgrowskie, Węgrów 1998]