Statystyki

Użytkowników : 6
Artykułów : 33
Zakładki : 10
Odsłon : 8181

Statystyki galerii

  • Zdjęć:   324
  • Kategorii:   14
  • Odsłon:   11436
  • Komentarzy:   3
  • Głosów:   43
  • Tagów:   0

Reklama

Najtańsza hurtownia butów dla Twojej Firmy. Sprzedajemy zabawki dla dzieci w najlepszej jakości Z naszej oferty wybierz Ksiązki on Line dla swojego dziecka.

Klipa i palant czyli moje trzy grosze na temat rozwoju fizycznego dzieci wczoraj Drukuj Email
środa, 01 sierpnia 2007 02:00
Mimo że moje dzieciństwo minęło bez komputera, Internetu, a nawet bez telewizora (a zbliżam się już powoli do sześćdziesiątki) to z łezką w oku wspominam tamte lata, tamte czasy, kiedy to o mój byt, wikt i opierunek troszczyli się moi rodzice. Obserwując natomiast dzisiejsza rzeczywistość, przywiązanie czy też wręcz uzależnienie już nie tylko dzieci, ale jakże często także osób dorosłych od komputera i Internetu, wymagającego długiego siedzenia przed monitorem, a co się z tym wiąże braku fizycznej aktywności, na którą po prostu nie wystarczy czasu, najzwyczajniej w świecie cieszę się, że urodziłem się pod koniec pierwszej połowy ubiegłego wieku.
Z tamtych czasów, z czasów mojego dzieciństwa, z zabawek, którymi wówczas umilaliśmy sobie czas wolny, do dnia dzisiejszego pozostała już tylko nieśmiertelna piłka. Prawdopodobnie w całkowite zapomnienie poszły klipa i palant, czy też wyścigi z fajerką prowadzoną specjalnie wygiętym do tego celu drutem. W nieco późniejszym okresie fajerkę zastąpiła obręcz od rowerowego koła, do kierowania której wystarczyć musiał zwykły kawałek kija. W mojej pamięci pozostał także wykonany własnoręcznie przez tatę koń na biegunach. Być może za-pamiętałem go tak dobrze dlatego, że w czasie zabawy, rozciąłem sobie porządnie głowę i bardzo wystraszyłem się płynącej z rany strużki krwi.
Wzmożonej aktywności ruchowej wymagała też zabawa, w której główną rolę odgrywał własnoręcznie wykonany przez mnie łuk i strzały z długich wierzbowych gałęzi. Nabiegać się też trzeba było podczas zabawy w chowanego, czy także podczas modnych swego czasu pod-chodów. Frajdą, którą trudno było wprost określić, były też pierwsze łyżwy na żabkę z tyłu, a z przodu przykręcane do butów specjalnym kluczem. Nie liczyły się upadki i siniaki - wykorzystywany był każdy kawałek lodu, a zwycięska walka z rodzicami o dodatkowe pół godziny na świeżym powietrzu dawała każdemu z nas dużą porcję satysfakcji.
Może się mylę, ale wydaje mi się, że dawniej podczas lekcji wychowania fizycznego w szkołach, mimo że dziewczęta najczęściej grały w dwa ognie i bawiły się skakanką, a chłopcy oczywiście ganiali za piłką nożną, zwracano znacznie większą uwagę na ogólny rozwój fizyczny. Nie było wtedy jeszcze dużych przestronnych hal sportowych przy szkołach, z konieczności więc wszelkie zajęcia najczęściej odbywały się na świeżym powietrzu, co też zaliczyć trzeba oczywiście na plus.
A jak już jestem przy szkolnych lekcjach wychowania fizycznego, może dobrze byłoby zwrócić większą uwagę na fakt, aby nauczyciele więcej czasu poświęcali na rozwijanie ogólnej sprawności fizycznej uczniów i to we wszystkich klasach, od pierwszej do ostatniej. Aby też przypomnieli sobie i pokazali uczniom, jak wygląda na przykład dysk, kula czy oszczep. O skoku tygrysim przez skrzynię nie będę na razie nic pisał.