Statystyki

Użytkowników : 6
Artykułów : 33
Zakładki : 10
Odsłon : 8181

Statystyki galerii

  • Zdjęć:   324
  • Kategorii:   14
  • Odsłon:   11436
  • Komentarzy:   3
  • Głosów:   43
  • Tagów:   0

Reklama


Kola z Kaługi Drukuj Email
środa, 01 sierpnia 2007 02:00
To, co dla nas było oczywiste i normalne, wcale nie musiało być takie dla naszego Wielkiego Brata. Daliśmy więc spokój i rzecz pozostała w rodzinnej tradycji. Dopiero teraz zdecydowałem się opowiedzieć ją „Gazecie Węgrowskiej”. – Tak zakończy we wrześniowym numerze swoją opowieść z dzieciństwa Jan Ogonowski, który dotrzymał słowa, danego w publikowanym przed miesiącem liście. Warto ocalić od zapomnienia takie rodzinne historie i pamiątki, dlatego zachęcamy do przeglądania starych szuflad, komód i strychów, by o znalezionych tam skarbach pogawędzić na tych łamach.


To było tak. W listopadzie 1944 roku wojska radzieckie koncentrowały się przed spodziewaną ofensywą, znaną później jako ofensywa styczniowa. Borzychy znajdowały się wówczas w stosunkowo niedalekiej odległości od linii frontu, toteż i tutaj w znaczący sposób przybywało żołnierzy, samochodów i wszelkiego uzbrojenia. Pewnego popołudnia (dokładnej daty nie pamiętam) mama usłyszała, jak żołnierze wołają jakiegoś Stiepanowa. Nazwisko to nie było mamie obce, poprosiła więc, by tenże Stiepanow przyszedł do nas. Pojawił się wtedy pucołowaty chłopak w stopniu starszego sierżanta, zaciekawiony, czego chcą od niego. Na-wiązał się taki dialog: - Jak się nazywasz? - Mikołaj Stiepanow. - Skąd jesteś? - Z Kaługi. - Jak ma na imię twoja mama? - Marusia. - A ojciec? - Stiepan. - Czy masz rodzeństwo? - Tak, braci: Aloszę i... (tu padło jeszcze jedno imię, którego nie pamiętam). - A na jakiej ulicy mieszkacie? Dotychczasowe odpowiedzi coraz bardziej zdumiewały moją mamę, znała bowiem tę rodzinę z dzieciństwa. Jedynie adres się nie zgadzał, ale za chwilę okazało się, że jest to nowy adres. Mama odszukała starą fotografię zrobioną w Kałudze ponad 20 lat temu. Fotografia przedstawiała trzech małych, odświętnie ubranych chłopców. Na jej widok żołnierz zaniemówił, a po chwili kompletnie zaskoczony zapytał: Skąd ty to masz? Na fotografii byli jego trzej bracia!
Teraz trzeba cofnąć się w czasie o blisko 30 lat. W 1915 roku, podczas I wojny światowej, rodzina mojej mamy z obawy przed Niemcami wyjechała w głąb Rosji. Trudno dziś dociec, czy stało się to dlatego, że bano się Niemców i działań wojennych, czy też zachęcały do tego ówczesne władze rosyjskie. Był to przecież zabór rosyjski. Jak było, tak było, faktem jest, że moja babcia z sześcioletnią podówczas moją mamą, Heleną, zawędrowały aż do Kaługi. Dziadek pozostał w domu pilnować gospodarstwa, miał dojechać potem, ale już nie zdążył. W Kałudze znalazły się jeszcze dwie rodziny Pokorów: brat dziadka Bolesław z żoną Wiktorią i dziećmi i drugi brat Aleksander. Według rodzinnych opowieści, ktoś z Pokorów służył w wojsku właśnie w Kałudze, tam nawiązał znajomości i dlatego to miasto stało się celem rodzinnej wędrówki.
Mama z babcią zamieszkały u rodziny Stiepanowów. Ojciec, Stefan, był kolejarzem, matka, Maria, zajmowała się domem i dziećmi. Była to dobra, życzliwa przybyszom rodzina, toteż szybko nawiązały się bardzo przyjazne stosunki. Mama zaprzyjaźniła się z synami gospodarzy, prawie równolatkami. Później często wspominała Kaługę, Okę, zjazdy na sankach z pagórków, słowem miłe chwile spędzone wśród życzliwych ludzi. W Kałudze rozpoczęła też naukę w szkole, skąd wyniosła znajomość języka rosyjskiego, również w piśmie, co po latach okazało się okolicznością podejrzaną. Tam też przeżyła rewolucję 1917 r., ale te wydarzenia jakoś nie utkwiły jej w pamięci.
Nie znam daty powrotu do kraju rodziny Pokorów. Było to zapewne przed 1920 rokiem, bo mama zdążyła jeszcze ukończyć polską czteroklasową szkołę powszechną w Starejwsi. Kon-takt z rodziną Stiepanowów praktycznie został zerwany. Zachował się tylko jeden list z Kaługi z 1922 roku, adresowany do mojej babci Genowefy Pokory, w którym Maria Dmitriewna pisze o warunkach życia w tym czasie w Rosji. Może warto przytoczyć kilka fragmentów tego listu:
„Witajcie moi drodzy, niskie ukłony od Marii [nieczytelny wyraz] i wszystkich dzieci. Droga Geniu, całujemy cię mocno, ucałujcie (…) pana Aleksandra i przekażcie ukłony Wiktorii i panu Bolkowi. (…) Kiedy dostaliśmy od was list, bardzo się ucieszyliśmy, że jesteście wszy-scy cali i zdrowi. (…) Droga Geniu, napisz, proszę, jak wam się żyje, jakie pieniądze są w obiegu, jakie ceny artykułów spożywczych. U nas ceny są niemożliwie wysokie, wszystko kosztuje bardzo drogo i na wszystkie potrzeby muszę mieć ponad milion [chyba na dzień – przypis J.O.], a zarobić bardzo trudno i nie ma gdzie. Mąka żytnia dochodzi już do 9 mln, biała 35 mln, mięso 1 milion 1 funt, kartofle 1,5 mln za funt, słonina 1 mln 300 tys., więc żyje się nam bardzo źle, a rodzina się powiększyła, jest jeszcze chłopczyk, już 3 letni (…). Z wielkiego głodu wyjechaliśmy do Czystopola i spędziliśmy tam 1,5 roku i potem był taki sam głód i musieliśmy znów przyjechać do domu, a po drodze widzieliśmy bardzo dużo nieszczęścia. (…) Droga Geniu, rodziny wszyscy mają duże (…) nikt nic nie ma i niczego nie mamy, jeśli chodzi o bydło – krowa kosztuje 200 mln a prosiak malutki 35, kur nie wolno trzymać, wszystkich zrównali z powodu głodu, nasze dzieci nie mają żadnego pożywienia, chleb pieczemy pół na pół z kartoflami a i tego nie wolno. (…)” (W tłumaczeniu listu zastosowana została stylistyka i interpunkcja oryginału.)
To na pewno ciekawe a jednocześnie wstrząsające wiadomości z tamtego czasu. Dla naszej opowieści istotna jest wszakże informacja o urodzinach kolejnego syna. Później okazało się, że tym chłopczykiem był Kola, ten sam, który znalazł się u nas w listopadzie 1944 roku, a którego mama wcześniej poznać nie mogła, bo urodził się już po jej wyjeździe z Kaługi.
Wracamy więc do bliższych nam czasów. Kola - tak będę go odtąd nazywał - był zaskoczony i zdziwiony wręcz niesamowicie. To przecież coś niebywałego, by tak daleko od domu rodzinnego natknąć się na fotografię swoich bliskich. Radość ze spotkania była ogromna. Kola okazał się niezwykle miłym człowiekiem, a przez ten nieprawdopodobny zbieg okoliczności stał się nam bardzo bliski. Jego opowieści potwierdziły to, co mama i babcia pamiętały z Kaługi, nie mogło więc być mowy o jakiejś mistyfikacji.
Oddział Koli był w Borzychach zaledwie dwa dni, potem przeniesiono ich do Zuzułki, więc było to coś nadzwyczajnego, że akurat w ciągu tych dwóch dni doszło do tego spotkania! Ko-la każdą wolną chwilę spędzał u nas pokonując około 7 km w każdą stronę na piechotę. Bywało, że przychodził z bronią, był to przecież czas wojny. Oczywiście te wizyty odbywały się za wiedzą i zgodą jego dowódcy. Pobyt Koli w tej okolicy i jego odwiedziny u nas trwały około dwóch miesięcy. Mama napisała do Kaługi na podany przez Kolę adres i powiadomiła jego matkę o tym nieoczekiwanym, radosnym wydarzeniu. List doszedł, nadeszła też odpowiedź – dziwna i zaskakująca. Ale o tym później.
Na razie mamy grudzień 1944 r., zbliżają się święta Bożego Narodzenia. Rodzice zaprosili na Wigilię Kolę i jego dowódcę. Obaj przyszli i ze zdziwieniem obserwowali to, co się pod-czas wieczerzy wigilijnej działo. Dla nich to była zupełna egzotyka, bo przecież w ich ojczyźnie nie kultywowano żadnych tradycji religijnych, wręcz przeciwnie były one radykalnie zwalczane, a jeśli nawet jakieś przetrwały w ukryciu, to były to tradycje prawosławne. Kola z zaciekawieniem patrzył, jak kładzie się siano pod obrus, a potem zapytał, czy i to siano będziemy jedli. Wigilia upłynęła w miłej atmosferze, do czego bez wątpienia przyczyniła się wódka z miodem, przyrządzona przez tatę.
Ugoszczenie dowódcy było formą podziękowania mu, że nie utrudniał częstych odwiedzin Koli u nas. Była to również możliwość poznania przez niego nowych znajomych jego podwładnego. Oficer - w stopniu starszego lejtnanta - początkowo zachowywał się dosyć sztywno, później jednak, w miarę spełnianych toastów, dostroił się do świątecznego nastroju.