Statystyki

Użytkowników : 34
Artykułów : 35
Zakładki : 10
Odsłon : 44515

Statystyki galerii

  • Zdjęć:   420
  • Kategorii:   15
  • Odsłon:   43110
  • Komentarzy:   79
  • Głosów:   43
  • Tagów:   0

Aleksadrówka wieś starych kawalerów Drukuj Email
środa, 01 sierpnia 2007 02:00
Na pograniczu dwóch powiatów, węgrowskiego i siedleckiego leży mała, stuosobowa wioska. Nie myśl, że trafisz tam, pytając przechodniów o drogę. Często i oni sami nie zdają sobie sprawy z jej istnienia i przypisują te 25 gospodarstw sąsiedniemu Czarnowężowi. Nie ma tam znaku, nie ma dobrej drogi, ale jest historia, która ją stworzyła. Dużo już napisano o Miedznej, Stoczku, Liwie, Korytnicy..., zapominając często o tym, że wielka historia dotknęła też małe albo jeszcze mniejsze miejscowości. Być może nie były to wydarzenia, które zaważyły na losach świata, ale na pewno głęboko odbiły się w sercach ludzi. Małe jest piękne – powiedział Schumacher. Skoro jest piękne, to może czas najwyższy to poznać?

Jak tu jest? Na pierwszy rzut oka można by odpowiedzieć jednym słowem - spokojne. Zboża schną na polach poukładane w równiutkie kosteczki, na łące pasie się stado krów, ławkę pod ogromnym drzewem zajmuje para wpatrzonych w dal staruszków... Cisza. Nawet wszystkie ptaki pochowały się i zamilkły na chwilę. Każdy, kto zawita tutaj pierwszy raz, pewnie będzie miał podobne wrażenia. Aleksandrówka nie jest miejscowością, którą się pośpiesznie mija jadąc samochodem. Jest celem. Dalej rozciąga się już tylko ciemny, gęsty las. Chcąc poznać codzienność w tym zakątku, odwiedzam sołtysa, pana Czesława Krupę, który już od pięciu lat opiekuje się wioską i jej mieszkańcami, a od dziesięciu prowadzi gospodarstwo rolne specjalizujące się w hodowli krów mlecznych. Zaintrygowana dwojgiem ludzi, których spotkałam na samym początku, pytam, kim są i proszę o więcej informacji na temat tej miejscowości. Oto, czego się dowiaduję: Państwo Piekutkowie należą do najstarszych mieszkańców naszej wsi, oboje mają już grubo po osiemdziesiątce. Najmłodsi mają dwa latka, rok mniej niż ja, gdy przyszło mi tu przeżywać koszmar. Miałem dokładnie trzy lata, gdy paliła się wieś, było to późnym, wrześniowym wieczorem 1972 roku. Wypaliło się wtedy pół wioski. Pamiętam, że mnie z bratem i siostrą przenosili do rodziny mieszkającej na kolonii.
Czego byśmy chcieli?
Na razie staramy się o dobrą drogę, w tym roku obiecano nam już ją naprawić. Jestem zadowolony, bo już widziałem plany, wiem też, że był już przetarg, więc wszystko zmierza w dobrym kierunku. Brakuje nam znaku, przystanków - dopiero jak się ożeniłem, to zaczął przyjeżdżać tu autobus, ale za to jest wodociąg. Dzieci mogą bez obaw bawić się na ulicy, a w roku szkolnym dojeżdżają 6 km do szkoły w Kopciach. Jesteśmy tacy trochę zapomniani przez wójta, bo nas mało, w wiosce jest więcej ludzi starszych niż dzieci, więc nawet nie ma sensu starać się o świetlicę. Problemem u nas jest to, że dużo mężczyzn zostaje starymi kawalerami, gdzieniegdzie jest po dwóch, trzech w jednym domu. Do wsi rzadko przyjeżdżają nowi mieszkańcy, tutaj raczej chodzi o to, żeby rodziły się nam kolejne pokolenia, a mamy 17 starych kawalerów - jak to przeliczyć, to prawie 1/5 wioski! Boimy się, że jeszcze 20, 30 lat i mało kto tu zostanie.
Trochę o historii...
Sołtys jest stosunkowo młody, więc sam niewiele wie o historii miejscowości, ma za to mieszkającego tutaj już 50 lat wuja – Jana Kowalczyka. Idę do niego.
Ja tu mieszkam od urodzenia. Dobrze pamiętam okres wojny, ale u nas w Aleksandrówce walki wojenne trwały tylko jeden dzień i noc, to wystarczyło. Palił się czołg, bombardowali nas. W nocy roku 1944, jak ustępowały wojska niemieckie spadła na wioskę bomba. Uderzyła akurat pod węgieł jednego domu i przewaliła go do góry nogami, a rodzina tam mieszkająca obudziła się na suficie. Moja ciotka i stryj mojej żony zostali wtedy ranni, a dwoje ludzi zginęło. Jak mieszkaliśmy jeszcze na kolonii i chroniliśmy się w ziemiance wśród łubinu, strasznie padały deszcze. Któregoś dnia, jak wstałem z rana i wyjrzałem ze schronu, to aż mnie zamurowało. Czołg szedł wprost na nas, ale gdy zobaczył dół, to po prostu zawrócił. Można sobie wyobrazić naszą ulgę, gdyby tędy przejechał, wszyscy byśmy zginęli! Po Niemcach została tylko wielka gromada łusek. Kiedy indziej zauważyliśmy, że za naszą stodołą stoi inny niemiecki czołg, mieliśmy wtedy duże świniaki, to jednego nam zarżnęli. Mieli taką maszynkę, chyba miotacz ognia i go tym smażyli. Matka się strasznie wystraszyła, że nas spalą i zaczęła krzyczeć. Wtedy oni kazali jej, żeby dała cebuli. Zabrali to, co naszykowała, a rano jak wstaliśmy okazało się, że Niemców już nie ma, za to z lasu pokazali się Rosjanie. Jak weszli, to kury nam wybili. Ciężko było, pamiętam, że miałem wtedy jedne niezłe buty, które trzymałem w domu. Mieliśmy tu kiedyś we wsi dwóch skrzypków. Ale mieli oni tylko jedne buty i jeden wychodził grać do południa, a drugi po południu. I tacy to muzykanci byli. Ale ludzie jakoś to wytrzymali i zdrowi byli. Jadło się jak - dobrze poszło - kartofle z mlekiem. Przed wojną było tu ponad 40 gospodarstw, dzisiaj po większości już nawet śladu nie ma.
Na koniec coś o nazwie
Wciąż nurtuje mnie jeszcze jedno pytanie, skąd powstała nazwa miejscowości. Ani sołtys, ani jego wuj nie byli w stanie udzielić mi na nie zadowalającej odpowiedzi. Więc na koniec odwiedzam najstarszego, 86-letniego mieszkańca Aleksandrówki, Jana Kowalskiego, który po wojnie był tutaj sołtysem przez 17 lat. Dopiero od niego dowiaduję się, że na początku tę i sąsiednią miejscowość nazywano po prostu Czarnowęże, ale że często się to myliło w urzędach, to w końcu podzielono ją na dwie części - Czarnowąż A i B. Aleksandrówka była Czarnowężem A. Stąd właśnie po jakimś czasie, w naturalny sposób pojawiła się nowa nazwa.
Tak kończy się moja wycieczka - choć krótka, to na pewno zostanie długo w pamięci. Mijam dzieci bawiące się w chowanego, ludzi pracujących na polu, stada krów i wracam do gwarnego, ale też na swój sposób sielskiego Węgrowa.