Statystyki

Użytkowników : 34
Artykułów : 35
Zakładki : 10
Odsłon : 44544

Statystyki galerii

  • Zdjęć:   420
  • Kategorii:   15
  • Odsłon:   43113
  • Komentarzy:   79
  • Głosów:   43
  • Tagów:   0

Plebania Z dziejów parafii węgrowskiej od 1939 do 1955 r. Drukuj Email
środa, 01 sierpnia 2007 02:00
ks. Kazimierz Czarkowski
red. tekstu Józef Postek

Kiedy historycy z IPN-u, prowadzący badania związane z przygotowywaną publikacją dotyczącą funkcjonowania peerelowskiej bezpieki na naszym terenie, zobaczyli ten rękopis ks. Kazimierza Czarkowskiego, entuzjastycznie orzekli, że mają do czynienia ze źródłem o nieocenionej wartości. Wierna transkrypcja tego pamiętnika weszła w skład opublikowanej właśnie książki, która ukazała się w 25. rocznicę śmierci Autora, a my zamieszczamy trzeci odcinek fragmentu, udoskonalonego dzięki polonistycznej redakcji Józefa Postka.


Dnia 22 września 1942 r. w nocy specjalne oddziały Niemców, Ukraińców, Litwinów i Łotyszów otoczyły miasto i poczęto wypędzać Żydów za miasto na ogrodzony Plac Sportowy. Wielu Żydów zabijano na ulicach, szczególnie jeżeli byli starzy i nie mogli prędko iść, albo też chcieli uciekać. Spędzanie tych Żydów trwało od wczesnego rana, aż do godziny 4 - 5. Później gnano ich przed moimi oknami do Sokołowa, a tam ładowano do wagonów z podłogami posypanymi grubo wapnem i odwożono do Treblinki, gdzie ich gazowano i palono. Żydów tych wówczas wygnano podobno - według obliczeń niemieckich - około 3500 osób. Reszta skryła się bądź w mieście, bądź też rozpierzchła się poza miastem. Później wyłapywano zbiegłych i po paręset dziennie rozstrzeliwano na kirkucie. Przy pędzeniu Żydów do Sokołowa po drodze w mieście i poza miastem dużo ich zastrzelono. Mieszkańcy Węgrowa, którzy przy ulicach przyglądali się temu strasznemu pochodowi, byli mocno zdziwieni, że Żydzi szli na śmierć potulnie i tylko wygrażali Polakom.
W pierwszych dniach sierpnia 1944 r. front błyskawicznie zbliża się do Węgrowa. Armia Krajowa idzie do lasu; część do lasu węgrowskiego część do rucheńskiego. 5 sierpnia wyjeżdżają z Węgrowa cywilne władze niemieckie, a rządy obejmuje komendantura wojskowa. Powstaje Komitet Obywatelski. 8 sierpnia ja i sędzia Makowiecki w imieniu tego Komitetu idziemy do wojskowego komendanta z prośbą, aby zaopatrzył miasto w chleb i żeby zaprzestano łapanek mężczyzn do okopów, ponieważ magistrat żądany kontyngent mężczyzn wysyła do tych robót. Komendant przyrzekł, że chleb będzie jutro, a co do łapanek, to wyjaśnił, że robi to na swoją rękę SS, ale on postara się to zmienić, bo rozumie niewłaściwość podwójnej władzy. Na moje pytanie, czy może nam powiedzieć, jak daleko jest front, popatrzył na mapę i powiedział, że w Mokobodach. Wiadomość ta była dla nas niespodzianką, bo to tylko 17 km. Wyszliśmy od tego komendanta z przekonaniem, że lada chwila Niemcy będą uciekać. i rzeczywiście za dwie godziny komenda opuściła miasto i nastąpiło interregnum.
Oddziałek saperów jeszcze zdążył wieczorem wysadzić dwa młyny i mleczarnię. Następne-go dnia ze swego okna widziałem ostatnich paru niemieckich żołnierzy, idących w kierunku zachodnim. W dwie godziny potem powiadomiono nas, że patrol bolszewicki jest na rynku, a pierwsze słowa tych żołnierzy brzmiały: Germanca niet? – Dajtie wodki. Około godziny 10 rozpoczyna się bój artyleryjski z Niemcami, którzy odeszli za Liwiec i kierowali się przez Grudzie do lasu Miedzanka. Na Grudziach była i piechota sowiecka, i oddział Armii Krajowej około 200 chłopców. Oddział ten uratował Grudzie, przed cofającymi się Niemcami, którzy zaczęli podpalać budynki. W akcji tej kilku akowców odniosło rany, i jeden oficer (z Sokołowa) poległ. Bój trwał dwa dni. Na początku boju w plebanii opuszczonej przez Niemców ulokował się sztab AK z komendantem majorem „Wolskim”. Ponieważ koło plebanii zaczęły padać pociski, sztab przeszedł do klasztoru, zajmując górny korytarz i mieszkanie ks. Kaszyńskiego. Po skończonym boju oddział AK rozkwaterował się w szkole klasztornej. Po południu widziałem z daleka sławne katiusze, a później słyszałem ich charakterystyczny wizg. Niemcy wtedy cofnęli się do Starej Wsi.
Rezultat boju za Węgrowem na Grudziach – kilka domów spalonych, kilku parafian rannych i jeden zabity. W szpitalu na Klimowiźnie kilku chłopców z AK i kilkunastu żołnierzy sowieckich leży rannych. Ludzie odwiedzają, obdarzając papierosami i słodyczami. Jeden żołnierz sowiecki w rozmowie z pewnym węgrowianinem wypowiedział takie charakterystyczne zdanie: Tiepier my pryjatieli potomu, czto takoj prykaz, no my was nie lubim.
Podczas boju pod kościołem klasztornym schroniło się paręset ludzi, toteż w wielu wypadkach opuszczone ich domy zostały obrabowane. Kościół parafialny był zamknięty – miał mocne zamki, jednak drzwi do zakrystii zostały wybite żelaznym sercem od dzwonu i kościół częściowo obrabowano: zginęły alby, komże, paski. Niektórzy parafianie ponieśli dotkliwe straty, ponieważ na czas boju ukryli w kościele swoje rzeczy. Jeden z parafian, widząc zakrystię otwartą, wszedł tam i zastał generała wraz z żołnierzami, przeglądającego komody kościelne. Widząc tego parafianina począł go łajać, że nie pilnuje kościoła.