Statystyki

Użytkowników : 34
Artykułów : 35
Zakładki : 10
Odsłon : 44545

Statystyki galerii

  • Zdjęć:   420
  • Kategorii:   15
  • Odsłon:   43113
  • Komentarzy:   79
  • Głosów:   43
  • Tagów:   0

Ostatni guzik. Nie było lipy – był Lipko! Drukuj Email
niedziela, 01 lipca 2007 02:00

Biesiada jaka jest, każdy widzi. Słynna definicja konia z pierwszej polskiej encyklopedii Benedykta Chmielowskiego o znamiennym tytule Nowe Ateny pasuje tu jak wół do karety, bo przecież popularna nazwa węgrowskiej imprezy nie jest znowu aż taką oczywistością, jak ów koń w dawnej Polsce. Tu obiekt definiowania zmienia się w zależności od tego, kto „widzi” i z jakiej perspektywy.
Wychodząc z takiego założenia, nie powinny nas dziwić różne opinie na temat imprezy, która – nikt chyba temu nie zaprzeczy – promuje nasze miasto jak żaden Twardowski na kogucie z pękniętym za sprawą samego Napoleona lustrem. Bo punktów widzenia w dziesięciotysięcznym tłumie biesiadników musi być z natury rzeczy wiele. Nawiasem mówiąc i Chmielowski, gdyby się wysilił, zauważyłby, że inaczej konia postrzega dumny jeździec w kontuszu, inaczej biedny chłop za sochą, jeszcze inaczej wrona (niekoniecznie ta z opowiadania Żeromskiego - że pozwolę sobie na taki anachronizm - bo ta wraz ze swoimi koleżankami po dziobie objawiła się dużo później niż ta śmieszna encyklopedia)... i tak dalej, ale gdyby nie lenistwo wielkiego autora Nowych Aten, jak ja bym zaczął dziś ten felieton?!
Zatem, by otrzymać pełny obraz Festiwalu Obrzędów Weselnych, należy wsłuchać się w to, co mówią organizatorzy (i to uczyniliśmy, zamieszczając materiał podsumowujący jedenastą edycję, przygotowany przez Węgrowski Ośrodek Kultury), jakie mają troski związane z finansową stroną imprezy radni węgrowscy (o tym wspomina w swojej relacji z sesji dyktafon Oli), jak wspominają sobotnie popołudnie, wieczór i noc goście – wśród nich bardziej i trochę mniej bardziej dostojni, jakie wrażenia towarzyszyły artystom, bez których ta fiesta nie miałaby sensu, co opowiadają sobie stłoczeni na rynku „zwykli” widzowie, co zostało w pamięci klientom licznych ogródków piwnych, jakie opinie mają rodzice, którzy byli bezsilni wobec „parcia na imprezę” swoich nieletnich pociech, a potem z niepokojem wyglądali ich bezpiecznego i trzeźwego powrotu, co sądzą i ci, którzy bywali na Biesiadzie w centrum zainteresowania telewizyjnych kamer, a teraz być może nawet nie pojawili się incognito w tłumie... – ale już o tym ta gazeta milczy, bo przecież nie jest brukowcem.
Jest jednakowoż otwartym forum, dlatego bywało, że publikowane tu opinie zaprawiono dla smaku odrobiną goryczki z małą szczyptą krytycznej ironii. Nie dziwi więc – wszak kto sieje wiatr, zbiera burze – że nie znalazła się „Gazeta Węgrowska” w gronie mediów patronujących imprezie, ale my się nie obrażamy i miło nam, że przynajmniej wymienieni zostaliśmy w sprawozdaniu wśród tych, którzy mieli swój wkład w popularyzację zdarzenia.
Jako sternik gazety znalazłem się wśród zaproszonych gości – zarówno przed sceną, jak też na bankiecie w SPJPII, a potem znów przed sceną na koncercie Budki Suflera – i za to Organizatorom jestem wdzięczny. Nie tylko dlatego, że po prostu, zwyczajnie, po ludzku świetnie się bawiłem, że po prostu, zwyczajnie, po ludzku wzruszyłem się jako przedstawiciel generacji, która chyba najlepiej czuje klimat muzyki lat osiemdziesiątych, że wzruszyłem się też jako mieszkaniec prowincji, do której przyjechał wielki i sławny zespół, nie odstawiając jakiejś playbackowej lipy, ale dając piękny, pełny koncert z udziałem tych najwspanialszych filarów grupy: Lipki, Cugowskiego i Andrzejczaka. Jestem wdzięczny również za to, że na Biesiadę mogłem spojrzeć od strony takich jej wartości, które nie są dostrzegane z innych punktów widzenia. To naprawdę nieoceniona okazja do nawiązywania potrzebnych miastu i regionowi kontaktów. Z tej okazji korzystają też goście, na przykład samorządowcy z ościennych powiatów. Owoce tych spotkań, rozmów, deklaracji partnerstwa miast, gestów życzliwości, sympatii i zainteresowania z pewnością będą zbierane, gdy dojrzeją.
Nie byłbym jednak nauczycielem, gdybym milczał o tym, że jest i ciemna strona Biesiady. Jest ciemna, więc nie wszystko widać jak na dłoni, ale wystarczy to, co widać i czego symbolem niech będzie trzynastolatka z plastikowym kubkiem piwa w wiotkiej ręce. Biesiada jako czas nieobowiązywania zakazów, jako święto, ze względu na które panuje nieograniczona dyspensa – oto problem, oto zadanie, oto najtrudniejsza praca domowa na cały rok.