Statystyki

Użytkowników : 35
Artykułów : 35
Zakładki : 10
Odsłon : 45034

Statystyki galerii

  • Zdjęć:   420
  • Kategorii:   15
  • Odsłon:   43568
  • Komentarzy:   79
  • Głosów:   43
  • Tagów:   0

Ostatni guzik. Zobaczyć, zatęsknić i wrócić Drukuj Email
czwartek, 01 czerwca 2006 02:00

Pewnie jest dużo przesady w naszym haśle tego numeru. Vedi Napoli, e poi muori – tak chełpić się swoją małą ojczyzną mogli neapolitańczycy, za nimi mogą to powtarzać mieszkańcy i miłośnicy Rzymu, Wenecji, Paryża, Budapesztu, Pragi, Krakowa… ale posłużyć się tym powiedzeniem na wspomnienie wizyty w Paplinie?! Można by to odebrać jak kiepski żart. Dlatego te trzy kropki: Zobaczyć Paplin i…Nie przyszło mi do głowy, żeby umierać. Zachęcam raczej, by wrócić. Ja wróciłem – raz, drugi i trzeci – bo zauroczyło mnie to miejsce i zachwyciła gawęda. Będę się tym bogactwem dzielił, nie poprzestanę na tej jednej relacji, którą na tych łamach zamieszczam. Ale włoskie zawołanie Zobaczyć Neapol i umrzeć, które zrobiło taką uniwersalną karierę (ostatnio nawet się natknąłem na entuzjastyczną recenzję najnowszego filmu Izabeli Cywińskiej, opatrzoną tytułem Zobaczyć Maronę i umrzeć), na-tchnęło mnie trochę chyba minorową refleksją. Zanim jednak nią się podzielę, mała dygresja.
Na ulicach Węgrowa, w lipcowy piątek, dwoje licealistów z wdziękiem i uprzejmie kierowało do przechodniów zaplanowane wcześniej pytania. Pierwsze dotyczyło letniego wypoczynku – czy już był, gdzie i czy udany – drugie zaś miało na celu sprawdzenie, czy umielibyśmy naszym gościom spoza powiatu węgrowskiego polecić coś interesującego, pięknego, godnego zapamiętania w najbliższej okolicy. Kiedy przygotowywali się do tej – bądź co bądź – dziennikarskiej roboty, zastanawiali się, czy 90-minutowa kaseta włożona do dyktafonu pomieści wszystkie wypowiedzi. Jak to młodzi, ufnie przewidywali życzliwe ich traktowanie, ale – znów jak to często młodym się przytrafia – ich zapał, mimo 30-stopniowego upału, został ostudzony. Na kilkadziesiąt zagadniętych osób (dorosłych, a jakże!), tylko pięć poważnie do sprawy podeszło, zatrzymując się i odpowiadając na zadane pytania. Wystarczyło-by na to ze dwa metry taśmy. No cóż, nie dopisało naszym reporterom szczęście. Ich pomysł na prasowy materiał spalił na panewce. Pewnie zaczepili pechowo nie te osoby, obok przeszły arcyciekawe tematy: niewypowiedziane wspomnienia z egzotycznych wyjazdów oraz cenne wskazówki dotyczące tego, co można atrakcyjnego pokazać u nas gościom z odległych stron. Pięcioro nagranych na dyktafon przechodniów jakby się umówiło - wszyscy byli gdzieś nad jeziorem, a lokalne atrakcje turystyczne to według nich (tu zgoda!) zamek w Liwie, pałac w Starejwsi, bazylika i klasztor, Dom Gdański, kościół ewangelicki i nadrzeczne pejzaże, ale też (tu pozwolę sobie na dystans) Rejon 69 i restauracja nad Liwcem. Koniec!
Ale podkreślam: to tylko przypadkowy wycinek rzeczywistości, żaden miarodajny wynik socjologicznych badań. Jednak – wracając do refleksji – dobrze by było, gdybyśmy tak jak ci neapolitańczycy umieli być dumni z miejsca, z którym jesteśmy emocjonalnie związani. Mniejsza o porównania – wiadomo że nie możemy rywalizować z cudami tego świata, wywołującymi zachwyt u każdego, kto stanie w obliczu ich majestatycznego piękna – ale czyż nie powinniśmy być promotorami tego, co zostało nam dane jako dziedzictwo i co sami tworzy-my na miarę naszych talentów, smaku i aspiracji?
Wobec ogromnej fali migracji, gdy ludzie podejmują dramatyczne, a czasem tylko kosmopolityczne decyzje o porzuceniu miejsca, w którym na zawsze przecież tkwić będą ich korzenie, jakże pokrzepiające są spotkania z tymi, którzy wracają – nie w poczuciu przegranej – ale z pomysłem na życie wśród swoich, bogatsi o doświadczenia z peregrynacji za chlebem. Czym są zaś spotkania z takimi osobami, jak bohaterka reportażu z Paplina? To już przeżycie zgoła inne. Zakotwiczeni w macierzystym środowisku, podświadomie broniąc się przed kompleksem prowincji, jakiejś drugorzędności, musimy ulec czarowi pasji, jaka przywiązała ich do naszych równinnych, monotonnych, nieciekawych – zdawałoby się nam – stron. Takich przybyszy, jak mieszkańcy modrzewiowego dworu, jest wśród nas sporo. Wystarczy się umieć z nimi spotkać i na nowo dzięki nim poczuć więź ze swojskim pejzażem. Wystarczy poznać motywy ich decyzji o wyborze właśnie tego miejsca na realizację marzeń o życiu szczęśliwym, by samemu szczęśliwym się poczuć i zachłysnąć się radością, która tak pięknie i wiekopomnie wybrzmiała w ustach neapolitańskich patriotów.