Statystyki

Użytkowników : 35
Artykułów : 35
Zakładki : 10
Odsłon : 45043

Statystyki galerii

  • Zdjęć:   420
  • Kategorii:   15
  • Odsłon:   43575
  • Komentarzy:   79
  • Głosów:   43
  • Tagów:   0

Kulisy bitwy Drukuj Email
piątek, 01 lutego 2008 02:00
Geneza inscenizacji Bitwy pod Węgrowem 1863 r. sięga jesieni ubiegłego roku. „Trzeba by zrobić coś na 145. rocznicę. Ale coś mocnego, żeby pokazać, czym naprawdę była ta bitwa. Przecież to nie byle jaka potyczka, pisano o niej w gazetach całej Europy, znani poeci poświęcali jej wiersze.” - To słowa Marii Koc, wiceburmistrz Węgrowa.

Mnie również chodził po głowie ten pomysł. Czasem aż przykro było patrzeć, jak nieliczna grupka przychodziła na doroczną mszę za powstańców. O bitwie część ludzi pamięta, ale czy jest to dla nich coś więcej niż hasło?
Żyjemy w epoce medialnej, w której obraz zdecydowanie góruje nad słowem. Chcąc do-trzeć do szerszego odbiorcy, trzeba rzecz pokazać... A więc – robimy rekonstrukcję. Skąd wziąć armaty, żołnierzy, karabiny? Tu trzeba mieć dojścia, znajomości. Pierwsza osoba, która przyszła mi do głowy to Łukasz Gołoś, wegrowianin, archeolog, z którym od kilku lat organizujemy Festyny Archeologiczne w Liwie. Łukasz zna grupy rekonstrukcyjne, siedzi w tym środowisku od lat i z chęcią podejmuje temat. Pozostaje jeszcze, jak mawia moja znajoma, „banalny problem pieniędzy”. To już zadanie pani wiceburmistrz. Ona zawsze potrafiła pozyskać fundusze z zewnątrz. Zrobi to i tym razem. Ja biorę się za stronę historyczną: scenariusz, ikonografia. Chcemy, żeby to był żywy spektakl, z wartką akcją, profesjonalny od strony merytorycznej. Dlatego pierwszy, dwugodzinny scenariusz odchudzamy do godziny i 15 minut. Jeśli rekonstrukcja ma być pełna, to musi być i msza - koniecznie łacińska, jak w 1863. Za-równo biskup Antoni Dydycz, jak i ks. Leszek Gardziński, proboszcz bazyliki, udzielają po-parcia sprawie.
Nie wyobrażamy sobie, aby przy tej okazji mogło obyć się bez młodzieży szkolnej. Przecież cześć powstańców to byli ich rówieśnicy. Niech i oni poczują coś z tamtej atmosfery. Halina Ulińska, wicedyrektor ZSP, za jakiś czas zaskakuje nas prawdziwą niespodzianką. Zaproszeni na spotkanie do szkoły stajemy nagle przed frontem niezwykle autentycznie wyglądających statystów w krakuskach, czamarach, długich butach, z szablami i kosami na sztorc w rękach. Obok nich dziewczęta w chustkach i kożuchach - jak z obrazka. Pani Halina nie może ukryć słusznej dumy i radości – to efekt zabiegów jej i młodzieży. Nawet szable, pamiątki po ojcu-ułanie udostępniła na wzór dla powstańczego oręża. Kosy wykonały warsztaty szkolne.
W gimnazjum młodzi nauczyciele historii - Wojciech Banaś i Paweł Marcela - mobilizują kolejną pięćdziesiątkę, a w okolicy wszystkie kożuchy i jesionki po dziadkach zostają wytropione i zarekwirowane na potrzeby młodych artystów.
Tymczasem zaczynają się kłopoty na Wschodzie. Mieliśmy zaklepaną dwudziestkę Białorusinów dowodzonych przez Olega Szpilewa. Znamy go jeszcze z festynu w Liwie. Jego ludzie, świetnie wyekwipowani i wymusztrowani, stanowić mieli trzon wojsk rosyjskich. Traf chciał, że właśnie wtedy Polska weszła do strefy Schengen. Wprawiło to konsulaty w takie osłupienie, że pomimo zażartej walki, jaką ze słuchawką telefonu w ręku stoczyła pani naczelnik Dorota Skrzypek, ostatecznie Oleg i jego drużyna nie dostali wiz, pomimo wcześniejszych gwarancji, i to w przeddzień inscenizacji. Dobry powód, żeby wpaść w rozpacz. Na szczęście Łukasz musi mieć w życiu problemy do rozwiązania, bo inaczej czułby się zagubiony, i w ciągu kilkunastu godzin prawie z niczego stwarza oddział Moskali.
Sobota - próba generalna i jedyna. Mnie co raz odwołują do Domu Gdańskiego, gdzie mam mieć referat na temat uzbrojenia powstańców. Kilka fałszywych alarmów, ale reżyseria się nie klei. Dużą pomocą jest Andrzej Ziółkowski z Legii Nadwiślańskiej, grający Matlińskiego, otrzaskany z takimi przedsięwzięciami. „Ustawia” młodzież ze szkół średnich, tworząc z nich sprawnych żołnierzy.
Dynamizmu akcji dodaje muzyka. Przy kompletowaniu ścieżki dźwiękowej odkrywam, jak świetne mamy utwory z tego czasu: „Marsz Żuawów”, „Pieśń strzelców” niczym nie ustępują „Marsyliance”, „Dixie” czy „Rule, Britannia!”. Mam kłopot z muzyką na bitwę. Początkowo myślałem o jakimś heavymetalowym „kawałku” Rammsteina czy Bathorego, ale przy całej swojej wściekłej, „wojennej” motoryce są one zbyt demoniczne. A przecież szturm kosynierów na armaty to była ofiara, także w sensie chrześcijańskim. W końcu zostajemy przy Orffie i „Carmina Burana”. Na wejście Rosjan - Chór Aleksandrowa. Potężne brzmienie, a ponadto w tych ich kawałkach zawsze jest jakieś ukryte między wierszami „Nu, pagadi!”. Nie będzie wiersza na koniec - żadnych akademii ku czci - wystarczy Hymn.
W końcu niedziela. Wyjątkowo ciepło, 3 lutego zawsze padało i wiało, a tu niemal wiosen-na aura z pięknym słońcem. Wchodzi Małgorzata Konopińska z mamą - panią Gierłowską. Ofiarowują dowódcy sztandar, które same wykonały, pracując nad nim same przez kilka ty-godni. Wszystko staje się takie, jak sto lat temu. Widzę ludzi, którzy wyciągają chusteczki. Wzruszenie. Wszystko idzie jak trzeba, identyfikacja z akcją absolutna.
Sąd nad szpiegiem - chcieliśmy pokazać, że i wówczas nie wszystko było takie bohaterskie i kryształowe. Początkowo, według planu, kolega Michał miał wisieć, ale ostatecznie uznaliśmy to za zbyt dużą „atrakcję”.
Niespodzianki też były. Po wystrzałach z armat poczciwa szkapina zaprzężona do wozu drabiniastego urwała się z razem z dyszlem, który Marek Królak załatwił nam jakimś cudem wczoraj wieczorem. Na szczęście koń został schwytany i w końcowej scenie wyciągnął z pobojowiska wóz z poległymi.
Wreszcie finał, Hymn i… koniec. Ludzie nie chcą rozchodzić się do domów, jedzą bigos, telewizja filmuje. Napięcie paruje, zapominamy o zmęczeniu. W tym samym miejscu za rok?